Szablon stworzony przez Arianę dla Wioski Szablonów | Technologia Blogger | X X X

19.10.2015

,,Zabójcza Broń" I i II, czyli część pierwsza recenzji

Witam.
Trochę opóźniona, ale jestem.

Jako największa fanka filmów akcji z lat dziewięćdziesiątych – musiałam umieścić tu recenzje tych filmów. Nie powinnam tego robić, bo pewnie opiszę je w samych zaletach, ale podejmę się tego wyzwania, spróbuję spojrzeć trochę inaczej. Ale co, tak naprawdę, można powiedzieć o klasyce kina? O czymś, co jest naprawdę dobre i każdy to (przynajmniej tak myślę) zna? Jednak, mam nadzieję, że każdy słyszał kiedyś o Riggsie i Murtaugh. Swoją drogą, mają nawet własne strony na Wikipedii (Riggs | Murtaugh). Ale nie to robi z nich legendy, żywe, a przynajmniej w naszych sercach. Przecież tak naprawdę nie wiadomo, co z nimi teraz. Żyjemy w niewiedzy od siedemnastu lat, choć podejrzewać możemy, że obydwoje są teraz ustatkowani i żaden z nich w policji już nie pracuje. Lecz kto wie, to w końcu oni.
Pierwsza część serii ,,Zabójcza Broń" do kin wyszła w roku 1987, wtedy też poznaliśmy Rogera Murtaugh – policjanta, któremu niedługo styknie pięćdziesiątka. Ma on wspaniałą, ułożoną rodzinę: żonę (Trish, która nie potrafi gotować, ale i tak wszyscy ja kochają), dwie córki i syna. Z tego, co pamiętam to i kota posiadali. Dostał on sprawę zabójstwa córki swojego dawnego kolegi i nowego partnera. Okazał się nim Martin Riggs, który z początku wyglądał mu na przestępce z bronią w ręku. Właśnie dlatego Roger rzucił się na niego. Jak się okazuje, Martin nie ma pięknego życia, ale...

Po śmierci żony policjant Martin Riggs (Mel Gibson) myśli o samobójstwie. Przełożeni przenoszą go na posterunek, gdzie jego partnerem zostaje Roger Murtaugh (Danny Glover), przykładny ojciec, człowiek o nienagannej opinii. Ich pierwszym zadaniem jest zbadanie okoliczności podejrzanego samobójstwa. Podczas śledztwa zostają wplątani w porachunki mafijne. Pomimo niechęci do pracy z partnerem będą musieli sobie zaufać.

Filmu tego nie potrafię przestać kochać, całej tej serii, bądźmy szczerzy. Mamy tu humor i dobrze poprowadzoną akcję, a na sam deser jeszcze Gibsona i Glovera, którzy są po prostu wspaniali w tym, co robią. W pierwszej części poznajemy dopiero naszych policjantów i ich problemy. Martin cierpi po utracie żony Victorii (swoją drogą, to nie jest przypadek, że miała tak samo na imię jak ja, przecież każdy zna tą kultową scenę, kiedy to rzucam Mela Gibsona...), a Mel pięknie to wszystko zrobił. W sumie to, kiedy za pierwszym razem oglądałam ten film, nie robiłam tego dla aktorów, nie interesowałam się kto gra kogo – byłam wtedy mała. Teraz robię to i dla fabuły, efektów specjalnych (które są świetne, niesztuczne) i dla aktorów i ich gry.








Gibson zagrał tu wariata, bo i sam Roger przyznał Riggsowi, że jest chory psychicznie. Ale życie świra czasem jest wesołe, w końcu mieszkasz samemu i możesz chodzić nago po domu (radzę przewinąć sobie całą minutę piątą filmu, bo jedyne co tam zobaczymy to psa i goły tyłek Mela Gibsona). Już nie napiszę tego, co przychodzi mi do głowy, bo powtórzę się bezsensownie, pisząc, że Gibson zagrał świetnie. Ale nie chwalmy tylko Mela! I Danny'emu należy się wiele pochwał. Zagrał on tu spokojnego podstarzałego policjanta, tego co nad wszystkim panuje. Roger jest przykładnym ojcem i mężem (jednak za plecami żony, rozpowiada wszystkim, że to co ona gotuje jest okropne) i sierżantem, którego córka, niestety, jest w niebezpieczeństwie. Później zostaje kapitanem, ale to dopiero czwarta część, kiedy to na szkody jakie Murtaugh i Riggs nie starczało ubezpieczenia...
I oczywiście słynne – ,,jestem za stary na to gówno", czyli stały tekst Rogera + ten tort co go w wannie na pięćdziesiątkę dostał.
Aktorstwo mamy omówione, wszystko świetnie. Wszyscy dobrze się spisali. Teraz możemy pomówić o fabule, o której można przewidzieć, co napiszę...







Na sam koniec wszystko, oczywiście, kończy się dobrze, a Martin zostaje zaproszony na kolację do Rogera. W całym filmie czuje się stary, dobry klimat tamtych czasów, a zobaczyć w nim możemy wiele niezapomnianych scen, którą na pewno jest ta, gdzie Riggs namawia samobójcę do zejścia z dachu budynku. On odmawia, a wszystko kończy się tak, że Martin przypina go kajdankami do siebie, przerażony świrniętym policjantem, samobójca decyduje się jednak nie skakać, ale Riggs ma inne zamiary... Koniec końców, obydwoje skaczą z dachu z inicjatywy Martina, całe szczęście, policjanci byli już na to gotowi. Zobaczymy jeszcze piękną scenę na strzelnicy, kiedy to Martin ,,robi" buźkę.





Z początku nie przepadają za sobą, na sam koniec są jak rodzina. Może i to do przewidzenia, może to już było, ale tu wypada świetnie. Końcówka lat osiemdziesiątych, zaraz dziewięćdziesiąte, czyli najlepsze filmy akcji. A Zabójcza Broń bez wątpienia jest jednym z nich. Riggs i Murtaugh to przeciwieństwa, różnią się od siebie pod każdym względem, ale jednak się pokochali. To też było, ten film jednak jest początkiem tego ,,co już było", a wszystko w nim jest nowe i dopracowane pod każdym względem. Dopięte na ostatni guzik i tak samo powiedzieć można o części drugiej...




Martin Riggs i Roger Murtaugh mają pilnować Leo Getza, nieuczciwego księgowego, świadka koronnego w procesie mafii. Leo prał brudne pieniądze pochodzące z interesów mafii narkotykowej, którą policjanci od dawna próbują wyśledzić. Do Los Angeles przybywa dyplomata z Afryki Południowej - Arjen Rudd. Według informacji Getza, to on jest szefem narkotykowego imperium. Riggs zakochuje się w pięknej asystentce Rudda, która nie zdaje sobie sprawy, czym naprawdę zajmuje się jej szef. W rolach policjantów ponownie wystąpili Mel Gibson i Danny Glover.




W dwójce do naszego duetu dodano wisienkę na torcie – upierdliwego Leo. Zagrał go prześwietny Joe Pesci i także prześwietnie umilał czas na ekranie. Często mówi się, że kontynuacje nie są już tak dobre jak pierwsze części, jednak Zabójcza Broń obala to stwierdzenie, bo część druga błyszczy tak samo jak pierwsza. Leo Getz to osoba, która wygrała tą część na pewniaka, ponieważ w połączeniu z naszym duetem są po prostu boscy. Druga część jest ma też bardziej komediowy charakter, ale to niczego nie psuje. Jedynym minusem jest zrobienie z Riki takiej słodkiej dziewoi, która mi się dawno przejadła.
Leo spotykamy w hotelu, kiedy to Riggs i Murtaugh przyjechali do niego, aby stać się jego prywatnymi ochroniarzami. Oczywiście nie odpowiadało im to, co pokazywali bardzo często (jeden cytat Leo brzmiał jakoś tak ,,spokojnie, zwykle zostaje w samochodzie!". Akurat wtedy kapitan miał pretensje do Martina i Rogera, że wożą cywila, którego mieli chronić ze sobą), w ogóle nie interesując się losem Getza. Mieli gdzieś czy on przeżyje czy nie, tylko czasem sobie o nim przypominali, bo w końcu łaził za nimi.
A jedna z najlepszych akcji w filmie? Bez wątpienia to ta, kiedy Roger dzwoni do Martina, mówiąc, że ma poważny problem. Więc Martin bierze Leo i razem jadą pod dom sierżanta. Riggs kazał Getzowi zostać w aucie, ale on, oczywiście się nie posłuchał i poszedł za nim. Martin wszedł na górę z pistoletem, oczekując najgorszego. Wchodzi do łazienki, a tam co? Okazuje się, że Roger poszedł do toalety o trzeciej w nocy, poczytać gazetę o połowie ryb, chce już wyjść, a tu nagle:





Bomba. Potem Roger kazał Riggsowi ściągnąć pomoc. Dyskretnie. Ale oczywiście nasz ukochany Martin, który zawsze naśmiewał się z Rogera ściągnął pogotowie, policje, telewizje i policyjną panią psycholog Stephanie (nad którą, swoją drogą, Riggs zawsze lubił się znęcać), przez co wszyscy wiedzieli, że Roger Murtaugh miał bombę w toalecie.

scena wybuchu bomby. Riggs i Murtaugh byli wtedy w wannie, bo to w końcu rodzina. Jak przeżyć wybuch bomby to razem.

Gra aktorska również nie zaniżyła poziomu filmu, bo Gibson i Glover znów spisali się fenomenalnie razem z panem Pesci. W filmie jedynym minusem było zrobienie z Riki (asystentki Rudda) takiej kruchej i troszkę nierozumnej dziewczynki. Umarła ona, całe szczęście. Riggs też miał, ale jak to on – wyszedł z tego. Przecież człowiek, który potrafi wybić sobie bark na zawołanie, zrobi wszystko. Swoja drogą, nie pamiętam, w której części, był nawet zakład, że Martin nie wyjdzie z kaftanu bezpieczeństwa w ciągu kilku minut. Wyszedł, dzięki zdolności wybicia barku.
Riggs stracił swą drugą ukochaną, jaką była Rikka, a potem, o mało co, sam życia nie stracił. Walka była zacięta, a i nawet Murtaugh, któremu na starość cel się pogorszył, strzelał i to zawodowo. Nasi bohaterowie znów przeżyli, a Martin nie rzucił palenia.

Mówić za dużo nie będę, bo może to być spojler dla kogokolwiek, kto jeszcze filmów nie oglądał, a chciałby to zrobić. Ogólnie obydwie części są dopracowane, jednak nieidealne, bo zawsze coś się tam wkradnie, prawda? Jednak myślę, że każdy, kto chciałby poznać lepsze strony kina akcji, musi obejrzeć Zabójczą Broń, bo to legenda. Aktorstwo, humor i fabuła – trzy razy tak.


14.10.2015

„Porwanie”

Lily Collins – czyli powód, przez który zdecydowałam się obejrzeć film z gatunku, którego na co dzień nie lubię. 
Kiedy patrzę na plakat filmu, myślę sobie „Cholera, przystojny aktor, więc pewnie jego gra aktorska nie będzie aż tak świetna” i co się stało? Ani trochę się nie pomyliłam. Taylora Lautnera znamy z produkcji sagi Zmierzch, gdzie – o dziwo – doskonale wcielił się w rolę, więc co takiego stało się w tym filmie, że nie potrafił sobie poradzić z rzuconym na niego zadaniem? Moim zdaniem filmy akcji nie są dla niego, dużo lepiej odnajduje się w rolach, gdzie jest szczeniacko zakochany z nieosiągalnej dziewczynie (cóż za ironia, wilczku). Na szczęście taki wątek również możemy zobaczyć w recenzowanym filmie, z tą różnicą, że Karen (Lily Collins) odwzajemnia jego uczucie. 
Co do gry aktorskiej Lily nie mam żadnych wątpliwości, uwielbiam ją w każdej roli i myślę, że zbyt szybko się to nie zmieni. 
Przejdę jednak do krótkiego streszczenia filmu, ponieważ sam pomysł na fabułę wydaje mi się bardzo ciekawy, niestety słabo wykonany. 
Nathana (Taylor Lautner) od samego początku poznajemy ze złej strony. Chłopak wraz z przyjaciółmi udaje się na imprezę, po której budzi się rano na trawniku. Kiedy ojciec zabiera go do domu, rozpoczynają trening. Ta scena naprawdę mnie zszokowała, nie spodziewałam się, że ojciec jest w stanie zadawać ogromny ból własnemu dziecku, a matka tak zwyczajnie się temu przygląda. Wszystkie moje wątpliwości rozwiały się w momencie, w którym Nathan odkrywa, że osoby, które go wychowywały, nie są jego rodzicami. Niestety popełnia błąd, za który Kevin i Mara płacą własnym życiem. 
Biologiczna matka Nathana umarła, gdy chłopiec nie umiał jeszcze mówić, a ojciec? Można by rzec, że zależy mu na bezpieczeństwu syna, dlatego oddał go w ręce wyszkolonych agentów. Jednak czy aby na pewno ukrywanie prawdy było czymś, na co Nathan zasłużył? Odkrywanie szczegółów o sobie samym w momencie, gdy walczy się o życie, zdecydowanie nie jest tym, o czym marzy nastolatek. 
Co z tym wszystkim ma wspólnego Karen? Z biegiem czasu widz odkrywa ich przeszłość. Okazuje się, że Nathan jest zakochany w dziewczynie, jednak boi się powiedzieć jej o swoich uczuciach. Kiedy jego uporządkowany świat przestaje być taki idealny, a Karen dotrzymuje mu kroku podczas ucieczki, obydwoje się do siebie zbliżają. 
Myślę sobie, że Porwanie byłoby o wiele lepszym filmem, gdyby okazało się, że Karen również wciągnięta jest w sidła spisku i wcale nie jest po stronie Nathana. Nieoczekiwana zmiana akcji to coś, na co zawsze liczę, a tego typu akcja byłaby genialnym zwrotem. Niestety chroniona przez Nathana lista wreszcie zostaje ujawniona i nie ma na niej nazwiska Karen. 
Ani trochę nie jestem pewna jak ustosunkować się do tego dzieła (choć dziełem bym tego nie nazwała). Chętnie pozostawiłabym recenzję bez dalszego komentarza, ale czy wtedy mogę nazwać ją recenzją? Osobiście wstydziłabym się opublikować coś tak bardzo nieidealnego. Chciałabym powiedzieć coś o efektach, jednak brakowało mi ich. Scenografia też nie daje nic do życzenia, uważam, że reżyser mógł się o wiele bardziej postarać. Wielki plus za aktorów drugoplanowych, którzy – moim zdaniem – odegrali kawał świetnej roboty, nie to co Taylor. 
Zainteresowałam się właśnie zakładką na Filmwebie „błędy w filmie” i oto wypomniane błędy:
Gdy Nathan przegląda zdjęcia, do pokoju wchodzi jego mama. W oknie widzimy, że jest dzień. Kiedy matka schodzi po schodach jest już noc.
W jadłodajni, gdy kamera obraca się tam i z powrotem w czasie dialogu Franka Burtona z Nathanem, czasem na wielkich czerwonych kubkach widnieje napis „Coca-Cola”, a czasem nie. Podobny błąd z ustawieniem dzieje się z filiżankami: raz w jednej tkwi słomka, a czasem w dwóch.
W 54. minucie, gdy Nathan i Karen przyjeżdżają do domu, w którym ukryty jest czip, Nathan podnosi rzeczy z biurka. Kładzie pistolet obok pieniędzy, jednak w następnym ujęciu widać zupełnie inną pozycję tych przedmiotów - pistolet i pieniądze są po przeciwnej stronie stołu, a album znika.
Pierwszą sytuację sama zauważyłam, ale pomyślałam sobie, że tylko mi się wydawało i zignorowałam ten fakt. Teraz jednak wiem, że jestem całkiem spostrzegawcza. 
Zastanawiam się, jakim cudem film zdobył dwie nagrody Teen Choice oraz dwie nominacje, ale wtedy patrzę na nazwę gali i uświadamiam sobie, że to sprawka tych wszystkich napalonych na Taylora nastolatek, które ślepo wierzą w to, że dorosły mężczyzna rzeczywiście zwróci na nie uwagę. 
Podsumowując, jeśli musiałabym ocenić Porwanie w skali 1-10, dałabym słabe 3, tylko i wyłącznie za boczne role.

12.10.2015

„Some Kind of Monster”

Metallica to pierwszy zespół metalowy, który zmienił moje patrzenie na świat muzyki. Ciężkie brzmienie, surowy wokal – tak się przedstawiały pierwsze płyty zespołu i pierwsze, które poznałam. W miarę zagłębiania się w historię Metallicy, poznawałam kolejne płyty, dostrzegałam między nimi różnice. Samo słuchanie muzyki i czytanie o nich na Wikipedii nie zaspokajało mojej chęci dowiedzenia się o nich więcej. Wywiady, książki, filmy – coś, co musiałam usłyszeć, przeczytać, obejrzeć. Jednym z filmów był Some Kind of Monster. Przed jego obejrzeniem nie miałam pojęcia, co mogę zobaczyć. Byłam nastawiona na wesołą historyjkę „jak to nagrywają kolejną płytę”. I to był błąd.
Metallica zdecydowała się nagrać kolejny album. Ponownie pomóc im miał Bob Rock. Już przed wejściem do studia, z zespołu odszedł długoletni basista – Jason Newsted. Zespół został bez osoby, która mogłaby zagrać linię basu. Szybko jednak znalazła się osoba, która podejmie się tego wyzwania, czyli producent. Nie był to największy kłopot zespołu na tamten okres. Chemia między członkami zespołu zaczęła się psuć. Pikanterii dodał wokalista, dla którego alkohol wchodził na coraz to ważniejsze pozycje.
Do zespołu, na czas nagrywania płyty, dołączył terapeuta. Starał się przywrócić starą Metallicę. Stosował różne metody, tak aby poskładać zespół. Nie mógł on jednak zaradzić w jednej sprawie – nałogu Jamesa. W tym przypadku wyjściem był tylko odwyk, na który poszedł. Przez to prace nad albumem opóźniły się. Pół roku później Hetfield wyszedł z terapii czysty i zdrowy. Na nieszczęście zespołu została mu przypisana liczba godzin, jaką może siedzieć w studiu, aby później móc zając się rodziną. Szybko odbiło się to na relacjach w zespole. Najbardziej poruszył to Larsa. Nie miał jednak innego wyjścia jak pogodzić się z tą myślą.
Po powrocie wokalisty prace trwają. Relacje między członkami zespołu, polepszają się. Dochodząc do końca nagrań płyty, pozostaje pytanie, co z basistą. Wiadome jest, że po wydaniu ruszą w trasę a Bob Rock wiecznie przy nich być nie może. Postanawiają zamieścić ogłoszenie w gazecie. Odzew jest ogromny i to w krótkim czasie. Pełno kaset (bądź płyt) demo spływa do Metallica. Przesłuchują wszystko, co do joty. Koniec końców na przesłuchanie zapraszają trzy osoby. Każdemu z nich poświęcili dzień, aby sprawdzić ich umiejętności, obejrzeć ich w akcji, dać się im wykazać. Po tych trzech dniach zapada decyzja o przyjęciu nowego członka zespołu. Wybierają Roberta Trujillo.
W nowym składzie chłopaki zatwierdzają płytę, puszczają informację, aby poszła w świat i nagrywają teledysk. Wideo do piosenki tytułowej zostaje nakręcony w więzieniu w San Quentin, a dzień później zespół dał koncert dla więźniów. Sprawy zaczęły się układać, a terapeuta stawał się coraz bardziej niepotrzebny. Podczas jednej z ostatniej rozmów zespół dziękuje mu za to, co zrobił dla nich w tak trudnym okresie i dają do zrozumienia, że nie musi ich już trzymać za rękę. Metallica rusza w kolejną trasę.

Pierwsze co mi przychodzi na myśl to: tutaj nic nie było ustawione, wszystko było „na żywo”, bez scenariusza. Film ukazywał to, co naprawdę się działo w zespole. Każdy wzlot, upadek, kłótnię był zarejestrowany na taśmie. Tutaj nie da się opisać aktorskiej gry. Mimo iż niektóre źródła twierdzą, że główne role należą do członków Metallicy, to wydaje mi się, że wcale tak nie jest. To właśnie wokół nich kręcił się cały dokument. Postaci drugoplanowe (jeśli tak to mogę nazwać) należą do żony Jamesa oraz jego dzieci i pociech Larsa.
Reżyseria tego filmu została powierzona Joe’jowi Berlinger’owi. Nie był to taki sobie dokument do nakręcenia. W jego przypadku powiedzenie „Czujcie się, jakby nie było tu kamer” jest prawdziwe, ale jednocześnie bardzo trudne do zrealizowania, a oglądanie tego (jako osoba, która tam występuje) jest jeszcze trudniejsze. Sądzę jednak, że reżyser odwalił kawał dobrej roboty.
Jeśli ktoś kojarzy rok wydania albumu St.Anger to już mniej więcej wie, kiedy film był nagrywany. Pierwotna data ukazania się albumu wypadała na 2001 rok. Wszystko jednak uległo zmianie. Dokument natomiast został nagrany między 2001 a 2003 rokiem, czyli idealnie podczas nagrywania albumu. Wszystko dzieje się w studiu HQ (prywatnym studiu Metallicy, jeśli mnie pamięć nie myli) w San Rafael.
Film nie jest taki łatwy, jak wydawać by się mogło. Wszelkie emocje, które są zawarte w nim, przechodzą na widza. Przeżywa się to chcąc nie chcąc. Jednak każdy, kto to obejrzy, zobaczy jak szczery, prawdziwy i bez żadnej ściemy jest nagrany film. Jeśli ktoś patrzy na zespół jako na gwiazdy, zobaczy tylko, jak się pogrążają, gdy ponoszą ich emocje, mają chwilę słabości. Jednak gdy spojrzymy na nich jak na zwykłych ludzi jak ja czy ty, drogi czytelniku, możemy pomyśleć „Choler, ja też tak potrafię mieć”. To są tylko ludzie, zespół, który podbił świat to tylko zwykli obywatele Ameryki. Zostali oni ukazani w jednym z najgorszych momentów w życiu. Fabuła, jeśli tak to można nazwać, poruszyła mnie już samym faktem, że puściła ten film w świat. Uważam, że film jest jednym z ważniejszych w historii tego zespołu. Niestety (a może sety) jest on gorzki. Osobiście obejrzałam go dwa razy. Raz, aby go „spróbować”, zobaczyć, o co w nim chodzi, za drugim razem oglądałam go ze świadomością, co w tamtym czasie przechodził zespół. Jeśli ktoś liczy na to, że się pośmieje, zobaczy, jak aktorzy się wygłupiają, to jest w błędzie. Mimo to naprawdę polecam zobaczyć go.


09.10.2015

„Slash”

Slash – mój pierwszy idol, główny bohater opowiadań pisanych „do szafy” i wzorzec gitarzysty. Mogę uznać, że zawdzięczam mu bardzo dużo, mimo iż on nie ma o mnie zielonego pojęcia. Po raz pierwszy z nazwą „slash” spotkałam się na informatyce, ale kilka dni później to słowo miało dla mnie kompletnie inne znaczenie. Saul Hudson jest pierwszą osobą, o której czytałam jak wpadł w rock n’ rollowy wir. Pragnęłam dowiedzieć się więcej, zagłębić się w ten temat. Na książkę natknęłam się niedługo później, chodząc między półkami w empiku. Już z daleka rzucił mi się w oczy biały napis na czarnym tle. „Muszę to mieć!” – pomyślałam. Niedługo potem zagościła na honorowej półce w moim pokoju.
Po raz pierwszy Slash opowiada tu historię, której od środka nikt z nas dotąd nie znał: jak powołano do życia legendarną grupę Guns N’ Roses, jak tworzyli muzykę, która zdefiniowała nasze czasy, jak udało im się przeżyć szalone, niekończące się trasy, jak ocalili samych siebie i, wreszcie, jak wszystko to legło w gruzach. Slash daje nam możliwość przyjrzenia się życiu słynącego ze skrytości gitarzysty, zabierając nas w niebezpieczną podróż przez historię jednej z najwspanialszych instytucji w dziejach rock’n’rolla, zawsze na krawędzi samozagłady, nawet w chwilach największych triumfów, gdy świat był u ich stóp. Slash jest dokładnie taki jak Slash: zabawny, szczery, pomysłowy, inspirujący, zaskakujący i… jednym słowem – niepohamowany.
Saul Hudson bardziej znany jest jako Slash. Gitarzysta w zespole Guns n’ Roses do roku 1996. Po opuszczeniu zespołu realizował własne projekty, aby nie zatracić muzycznego ducha. W 2003 roku założył zespół Velvet Revolver wraz z Duffem McKagan’em i Mattem Sorum’em z Gn’R. Po pięciu latach istnienia, wydaniu dwóch płyt rozpadli się. Od tamtego momentu Saul tworzy własne, solowe projekty „z przyjaciółmi”. Pierwszy z nich nazywał się po prostu „Slash”. Po zadebiutowaniu na rynku muzyczny jako niezależny muzyk postanowił nagrać kolejną, tym razem we współpracy z Myles’em Kennedym (jako wokalista) i The Conspirators (perkusja, bas oraz gitara rytmiczna). W takim składzie nagrał Apocalyptic Love oraz World on Fire. Powieść mówi, że i następna płyta ma zostać nagrana w tym samym składzie.
Anthonny Bozza – były dziennikarz popularnego muzycznego pisma Rolling Stone oraz pisarz. Jest autorem biografii takich sław jak Eminem czy AC/DC oraz autobiografii Tommy’ego Lee, perkusisty Motley Crue.



 Szczera, do szpiku kości, autobiografia gitarzysta zdradza nam etapy jego dzieciństwa, dorastania i dorosłego życia. Saul opowiada nam, co przeżywał, gdy jego rodzice się rozstali i jak to odbiło się na jego kolejnych etapach życia. Otwarcie mówi na o problemach ze szkołą, prawem, używkami. Przyznaje się do wszelkich błędów, jakie popełnił, wkraczając i będąc w wirze rock n’ roll’owego życia. Dzięki jednemu ogłoszeniu w lokalnej gazetce dla młodych muzyków staje się sławnym rockmenem, którego pragną wszystkie panie. Nie stało się to jednak to od razu. Upiorna droga przez narkotyczne szaleństwo, wzloty i upadki zespołu, brak kasy na czynsz i mieszkanie ze współlokatorami – karaluchami. Takie warunki bardzo mocno wpłynęły na przyjaźń Slasha z Axl’em Rose’em i Duffem McKagan’em.
 Setki godzin przesiedzianych w studiu, liczne kłótnie i spory. Przez to przechodzili, nagrywając płyty, a potem jadąc w trasy. Zwiedzili razem niemalże cały świat, występowali przed ogromnymi tłumami, grali przed legendarną grupą Aerosmith. Po niecałych pięciu latach od założenia zespoły, u ich stóp leżał cały świat. Ludzie ich kochali, a to odbiło się na ich życiu prywatnym. Dawanie w żyłę, odlot i męki, jakie przechodził podczas terapii odwykowej, ujawnia nam w tej autobiografii.
 Potyczki z rudym wokalistą, zadurzenie się po uszy i odejście z zespołu to kolejny etap, który odsłania nam ta książka. Jak Slash, gitarzysta słynny ze swojej mocnej głowy do alkoholu i pociągu do narkotyków, poradzi sobie z ojcostwem? Jakie ruchy wykona po odejściu z legendarnego zespołu Guns n’ Roses? To najczęstsze pytania, które zadaje sobie jego fan. Odpowiedź znajdziecie w tej książce.
 Ja, jako fanka Slasha, nie przeczytałam tej książki, a wciągnęłam nosem. Pochłonęła mnie tak, że nie miałam ochoty od niej odrywać wzroku, wozić ją wszędzie i skupiać się jedynie na niej. Bardzo, ale to bardzo spodobała mi się otwartość gitarzysty. Nie wstydził się podzielić swoją przeszłością z fanami. Uważam, że jest to podstawa tej książki. Mówiąc „szczerość” mam również na myśli niekrycie się z pijackimi zabawami, poświęceń dla narkotyków oraz orgiami, jakie potrafił przeżyć po koncercie. Mówi wprost, bez ściemy.
 Zdjęcia, czyli coś, czego nie znajdziecie, dobiegając do drugiego końca Internetu. W samym środku książki znajdują się kolorowe, ładne zdjęcia z różnych etapów życia Slasha. Od przedszkolaka po czasy przed założeniem Velvet Revolver. Czytając, możemy znaleźć również wiele „wcinków” z różnistymi zięciami odpowiednimi do sytuacji, w których znajduje się czytelnik.
 Książka zawiera opisy wydarzeń chronologicznych. Nic się z niczym nie miesza, wszystko leci od momentu urodzenia aż „po dzień dzisiejszy”, który w książce przypada na 2007 lub 08.
 Narracja jest pierwszoosobowa, oczywiście. Nie zostały zawarte tam trudne zwroty, wszystko jest pisane językiem współczesnym. Wszelkie rzeczy, które istnieją w Ameryce, a w Polsce nie, zostały wyjaśnione w przypisach, które bardzo mi pomogły, zwłaszcza jeśli chodzi o kilka filmów, które zostały tam wymienione.
 Dla jakiego przedziału wiekowego jest ta książka? Dobre pytanie. Z jednej strony książka zawiera fragmenty, które pokazują erotyczne życie Pana Slasha, ale z drugiej uczy. Tak, uczy! Przestrzega przed niektórymi rzeczami czy też pokazuje, w co wpakował się gitarzysta przez narkotyki. Pokazuje również, że „jeśli chcesz, to potrafisz”, zwłaszcza jeśli chodzi o grę na gitarze. Sama przeczytałam tę książkę mając mikro pojęcie o świecie rock n’ rolla, dla tego sądzę, że książka nie ma jakiś wielkich ograniczeń wiekowych.   
 Szalone życie gitarzysty ujrzało światło dzienne z wydaniem książki. Czy Slash postąpił słusznie, zdradzając nam tajemnice swojego życia? Osobiście sądzę tak. Jest to kopalnia wiedzy dla jego fanów (w których wpisuję się ja). Czytałam tę książkę trzy razy i za każdym razem odkrywam w niej coś nowego, niesamowitego, coś, co wcześniej mi umknęło. Bardzo polecam tę książkę.




08.10.2015

„Mechaniczny Anioł”

Dzień dobry.
Kłaniam się nisko. Jestem tu nowa, jak widać, i chciałabym zaprosić na recenzję książki „Mechaniczny Anioł”, czyli czegoś z nie mojego gatunku.

„Mechaniczny Anioł” Cassandry Clare
Biorąc tę książkę do ręki, zastanowiłam się kilka razy czy naprawdę jestem pewna tego, że chcę ją wziąć ze sobą, zmarnować czas, a potem to ciągnąć. Ale ja nie lubię fantastyki! Przecież mogła okazać się okropna. Jednak wzięłam, przecież dziewczyny z Aska pisały, że to dobra książka, lepsza niż Dary Anioła (swoją drogą, miałam okazję, aby przeczytać pierwszą część. Była ok. Na drugiej mi się znudziło). Wzięłam, miałam na nią miesiąc, jednak po przeczytanym prologu, odłożyłam ją i tak sobie leżała, póki nie uświadomiłam sobie, że został mi tydzień do oddania jej. Zaczęłam to skończę, przecież to grzech marnować książki. Cóż, okazało się, że jednak mogłam już popełnić ten grzech. 
Przez pierwszą połowę książki przetrwałam, poznałam kilku naprawdę ciekawych bohaterów (Jessamine, Willa, Jema, Henry'ego, Charlotte, Camille i Magnusa – którego znałam już wcześniej), jednak kiedy doszłam do środka, zatrzymałam się na chwilę. Co jest nie tak z Tessą Gray?
Magia jest niebezpieczna, ale miłość jeszcze bardziej. Kiedy szesnastoletnia Tessa Gray pokonuje ocean, żeby odnaleźć brata, celem jej podróży jest Anglia za czasów panowania królowej Wiktorii. W londyńskim Podziemnym Świecie, w którym po ulicach przemykają wampiry, czarownicy i inne nadnaturalne istoty, czeka na nią coś strasznego. Tylko Nocni Łowcy, wojownicy ratujący świat przed demonami, utrzymują porządek w tym chaosie. Porwana przez Mroczne Siostry, członkinie tajnej organizacji zwanej Klubem Pandemonium, Tessa wkrótce dowiaduje się, że sama jest Podziemną z rzadkim darem zmieniania się w inną osobę. Co więcej, Mistrz - tajemnicza postać kierująca Klubem - nie zatrzyma się przed niczym, żeby wykorzystać jej moc. Pozbawiona przyjaciół, ścigana Tessa znajduje schronienie w londyńskim Instytucie Nocnych Łowców, którzy przyrzekają, że znajdą jej brata, jeśli ona wykorzysta swój dar, żeby im pomóc. Wkrótce Tessę zaczynają fascynować dwaj przyjaciele: James, którego krucha uroda skrywa groźny sekret, i niebieskooki Will, zniechęcający do siebie wszystkich swym sarkastycznym humorem i zmiennymi nastrojami… wszystkich oprócz Tessy. W miarę jak w trakcie swoich poszukiwań, zostają wciągnięci w intrygę, grożącą zagładą Nocnych Łowców, Tessa uświadamia sobie, że będzie musiała wybierać między ratowaniem brata a pomaganiem nowym przyjaciołom, którzy próbują ratować świat… i że miłość potrafi być najbardziej niebezpieczną magią.
Ogólnie bardzo podoba mi się czas akcji w książce. Mamy tu Anglię za czasów królowej Wiktorii, co często pojawia się w wielu książkach, jednak tu to jakoś mnie bardziej przyciągnęło. Wydało mi się inne niż zwykle, ale widocznie pani Clare chciała jedynie mnie złapać w swoje sidła i męczyć przez kilka miesięcy tymi trzema tomami (wyznaję zasadę: zacząłeś to skończ, więc muszę to dokończyć. Muszę!). Cała ta książka zaczęła mnie przytłaczać, wszystko zaczęło wydawać mi się takie dziwne. A w szczególności już główna bohaterka – Tessa.
Tessa to szesnastoletnia dziewczynka, która po śmierci ciotki wyruszyła odnaleźć swojego brata Nathaniela. Niestety trafia w ręce Mrocznych Sióstr, które chcą oddać ją swojemu Mistrzowi. Całe szczęście z kłopotów wyciąga ją przystojny (nie wiem czy jest przystojny, okazało się, że dla mnie przystojny znaczy, co innego niż dla innych osób. W każdym razie możemy go sobie wyobrażać jak chcemy) Will, który jest Nocnym Łowcą. Tessa zamieszkuje w Instytucie, w którym rządzi Charlotte i jej mąż Henry. Poznaje tam też Jema i Jessamine, którą mamy postrzegać jako kogoś okropnego.
Z bohaterami w tej książce jest różnie. Wszyscy wydają się dobrze zrobieni, jednak panna Gray... Oj nie dobrze. Jest ona główną bohaterką, ciągle jesteśmy tam gdzie ona, a Tessa... doprowadza czasem do szału. Wydaje mi się być osobą nijaką, Boże drogi, zakochana w sobie Jessie jest sto razy lepsza. Przez Tessę czuję, że zmarnowałam cenny czas i marnuję go nadal, bo chcę dokończyć tą serię. Nie zostawię tego tak.
Pomijając pannę Gray – mamy tu całkiem ciekawie rozłożoną akcję (choć nadal nie jestem jakoś przekonana do fantastyki) i co jakiś czas cytaty wielkich pisarzy. Tak, to jest chyba w tym najlepsze, choć czasem wolałabym, żeby Will czy Tessa powiedzieli coś od siebie. Ogólnie książka nie byłaby zła, gdyby nie Tessa (w szczególności to, że nie reprezentuje sobą nic takiego ani wyglądem, ani charakterem, pożal się Boże) i nieszczęśliwe miłości, chociażby taka Sophie jest zakochana w Jamesie, ale on w niej nie, bo... Och, nie, tu znów pojawia się Tessa. Cóż, najgorszym błędem pani Clare jest stworzenie takiej postaci jaką jest Tessa. Wolałabym posłuchać tego wszystkiego z perspektywy Jessie.
Zresztą, śmieszą mnie te wielkie miłości pomiędzy nastolatkami. Ja chyba nie powinnam dotykać takich książek, gdzie to nastolatkowie odgrywają główne role, nigdy, choć sama nastolatką jestem.
Książka ta nie jest najgorsza, dałabym jej może z sześć punktów na dziesięć. Samo połączenie tych mechanicznych maszyn z Nocnymi łowcami jest ciekawe, jednak to chyba nie temat dla mnie. Jednak wypożyczyłam część drugą i już czytać będę czwarty rozdział (tak, „już”). Może jeszcze przekonam się do Tessy, zobaczymy co będzie. Książka mnie zaskoczyła, pozytywnie, pod koniec, kiedy okazało się, że to kto inny jednak jest zły. Za to pani Clare ma u mnie plusa.
Reszta nie jest już taka fajna.

02.10.2015

„Armageddon”

Witam! Jestem nowym członkiem w załodze Toxic Dust. Nazywam się Lady Justice a dziś chciałabym wam przedstawić moją recenzję filmu „Armageddon”. Zapraszam :)

***
 Armageddon, czyli koniec świata? Nie do końca. Ogromna asteroida zbliża się do naszej Ziemi. Naukowcy zastanawiają się jak zapobiec apokalipsie. O pomoc zostają poproszenia ludzie spoza NASA. Do czego to może doprowadzić?
 Harry Stamper (Bruce Willis) prowadzi spokojnie życie, pracując na platformie wiertniczej. Jego córka – Grace Stamper (Liv Tyler) - pomaga mu w biznesie. Dziewczyna jest oczkiem w głowie mężczyzny. Nie miał z nią łatwo, był skazany na wychowywanie ją w samotności. Nie zdaje sobie sprawy, że dziewczyna kocha jednego z jego pracowników – A.J Frosta (Bena Affleck’a). Szybko się o tym dowiaduje, kiedy przyłapuje pociechę w jego łóżku, wcześniej odnajdując damską bieliznę porozrzucaną po małym pokoiku. Wpada w szał, kiedy się o tym dowiaduje. Ma ochotę zabić młodzieńca. Niedługo po tym zjawia się delegacja z NASA. Chcą przekonać mężczyznę, aby pomógł im w rozbiciu komety lecącej prosto na Matkę Ziemię. Po dłuższych przemyśleniach zgadza się. Nie bierze on jednak sam udziału w akcji. Zabiera ze sobą grupę ludzi, którzy mają mu pomóc w wyprawie, między innymi zabiera Frosta, odpuszczając mu to, że kocha jego córkę. Cała ekipa przechodzi specjalne szkolenia, opracowują plan rozbicia komety. Wszystko idzie zgodnie z planem, ale kiedy przychodzi co do czego, chłopaki nie mają zamiaru rezygnować. Dzień przed misją mają wolne. Nie wiedzą, czy przeżyją i wrócą do domu, do rodziny czy pochłonie ich kosmos. Ojciec obiecuje Grace, że wróci do domu cały i zdrowy. Córka Harry’ego czule żegna się ze swoim chłopakiem, licząc na to, że wróci cały i zdrów. Nadchodzi wielki dzień. Brawurowo przeszkolona ekipa rusza w kosmos. Po wyleceniu poza atmosferę ziemską i zbliżaniu się do asteroidy zaczynają się problemy. Jeden statek kosmiczny oddala się od drugiego, traci kontakt. Po dłuższym błądzeniu po rozpędzonej komecie znajdują się jednak nie w całym składzie. Kilka osób nie przeżyło. W (nie) całym składzie rozpoczynają wiercenie w skale. W otworze mieli umieścić bombę, która rozwali na drobne kawałeczki ogromną asteroidę. Coś jednak idzie nie tak. Ładunek wybuchowy nie może zostać odpalony z pokładu statku kosmicznego. Jedna osoba musi poświęcić życie i podłączyć ją, kiedy inni będą odlatywać. Pada na młodego Frosta. Ostatecznie robi to ojciec Grace, jednocześnie łamiąc swoją obietnicę. Woli, aby młodzi się pobrali i założyli szczęśliwą rodzinę niż aby miłość jego córki, której nie do końca tolerował, zginęła. Stało się tak, jak stać się musiało. Reszta, która ocalała, wraca spokojnie na Ziemię, jednak zostaje ten smutek po stracie Harry’iego. Tutaj kończy się wyprawa w kosmos, która mocno zapisała się w historii.


 Pomysł na fabułę filmu jest oryginalny na swój sposób. Nie jest to pierwszy film o nadchodzącej apokalipsie. Zawsze musi znaleźć się ktoś, kto będzie bohaterem i uratuje świat. W przypadku filmu wyreżyserowanego przez Michaela Bay’a również tak było. Nie był on przerysowany, co trzeba zauważyć. Bohaterowie, którzy mieli uratować świat, nie byli znanymi już od dawna wybawicielami świata a zwykłymi ludźmi, co należy tu uwzględnić.
 Bardzo podobała mi się obstawa aktorska. Bruce Willis oraz Liv Tyler w jednym filmie. Co fan Aerosmith mógłby chcieć więcej? Niezawodny Willis wcielił się brawurowo w rolę kochającego i lekko nadopiekuńczego ojca Grace Stamper. Sam Bruce wygląda na groźnego ojczulka niepozwalającego zbliżyć się do swojej pociechy. Uważam, że odpowiednia osoba ostała przeznaczona do tej roli. Liv również podołała zadaniu. Była to jedna z jej pierwszych poważnych ról. Nie mogę się przyczepić do jej gry. Lubię ją jako aktorkę, uważam, że jest świetna. W tym filmie również pokazała to, co naprawdę potrafi, mimo że nie była główną bohaterką. Emocje, jakie ukazywały, były prawdziwe, aż chciało się je przeżywać wraz z nią. Muszę zwrócić również uwagę na grę Den’a Affleck’a. Trafiła mu się rola młodego, nie do końca wygadanego chłopaka zakochanego w córce szefa. Twardy orzech do zgryzienia. Den ma twarz młodego chłopaka chcącego wyrwać się z gniazdka rodzinnego i rozpocząć samodzielne życie. Uważam, że osoba odgrywająca tę rolę była strzałem w dziesiątkę.
 Muzyka odegrała tu ważną rolę. Nie była to byle jaka, ponieważ samo Aerosmith zrobiło do niej piosenkę I don’t Want Miss a Thing, która również ukazała się na albumie Nine Lives. Jednak nie tylko takie utwory tego zespołu można było usłyszeć. W tle leciało również Walk This Way czy Sweet Emotion. Muzyka została idealnie dobrana do scen. Martwi mnie jednak to, że piosenkę, którą stworzono do filmu, została umieszczona dopiero na napisach końcowych.
 Film został nakręcony w roku 1998. Informatyka nie była tak rozwinięta, jak dziś, ale mimo to udało się uzyskać „efekty specjalne”. Nie były one sztuczne, nie było również widać, że zrobiono to za pomocą komputera –koniec końców wyglądało to bardzo realistyczny. Nie było również ich za dużo. Film przesączony efektami, stworzonymi za pomocą nowoczesnej technologii wygląda sztucznie i nieestetycznie. To ma być tylko dodatek nieskradający całej zabawy z filmu.

 Film katastroficzny z nutką romantyzmu. Można by pomyśleć, że to mieszanka wybuchowa. Według mnie połączenie jednego z drugim dało niesamowity efekt. Emocje, jakie zostały zawarte w tym filmie, poruszyły mnie jak nigdy. Uważam, że film jest godny uwagi każdego miłośnika kina.